Xie Feng – strażak, który w końcu doczekał się poważnej szansy w Beijing Guoan

Czasami bywa tak, że patrzysz na daną osobę i wiesz, że już ją lubisz. Podobnie patrzę na postać Xie Fenga, człowieka, który w Chinach jeśli dostawał szansę poprowadzenia jakiejś drużyny, to przeważnie w roli strażaka lub trenera tymczasowego. W końcu prawdziwa szansa nadeszła i to z klubu, z którym chiński szkoleniowiec związany był przez lata – najpierw jako piłkarz, a później jako trener czy w jakiejkolwiek innej formie zatrudnienia w pekińskim klubie, którym jest Beijing Guoan. Stołeczny klub sięgnął w końcu po kogoś, kto klubem będzie żył, kto zna każdy zakamarek chińskiej piłki i który chce celować w najwyższe cele. Wszyscy od dawna wiedzieli, w którą stronę to musi zmierzać, bo Xie Feng był dla Beijing Guoan jak Pam dla Jima w The Office – pytanie tylko nie czy, a kiedy związek się ziści.

Swoją piłkarską karierę Xie Feng zaczął na poważnie dopiero w wieku 22 lat. Rozpoczął ją w nie byle jakim klubie, ponieważ w Beijing Guoan, które cztery lata wcześniej wygrywało rozgrywki ligowe – wówczas jeszcze nieprofesjonalne. Chińczyk do dziś jest mocno zżyty nie tylko z samym klubem, ale także z miastem, w którym swoją drogą się nie urodził, ale przeprowadził się do niego z rodzicami w wieku trzech lat. Xie pierwsze lata kariery rozgrywał na pozycji napastnika, a to głównie za sprawą swojej szybkości, którą odziedziczył po swojej matce sprinterce. Umiejętności i wzory piłkarskie mógł za to czerpać od ojca, który grał w jednym z szanghajskich klubów w latach 50. i do teraz uznawany jest za jednego z najszybszych piłkarzy w historii, ponieważ odległość 100 metrową pokonywał w nieco ponad 11 sekund.

Xie Feng jako piłkarz Beijing Guoan

W następnych latach kariery przebył drogę Łukasza Piszczka i z pozycji napastnika, został cofnięty na prawą obronę, która – tak jak w przypadku byłego piłkarza Borussii Dortmund – wyszła mu na plus. W Pekinie pozostał do 1998 roku, a karierę kończył w Shenzhen, dla którego rozegrał dwa sezony, aby trzeci, ostatni spędzić niemalże w całości na leczeniu kontuzji. Trapiące go urazy były głównym determinantem do zakończenia kariery piłkarza w 2001 roku.

W końcu trener, nie strażak

To, co najbardziej cieszy w kontekście Xie Fenga, to fakt, że nie będzie w końcu trenerem tymczasowym lub nie zostanie wrzucony do projektu jako piąte koło u wozu. Patrząc na niezłe wyniki z Hebei FC można by było się spodziewać, że Chińczyk na inną rolę niż pierwszy trener by sobie nie pozwolił. Rzeczywistość bywała jednak inna, bo Xie Feng wielokrotnie wyciągał rękę do swojego ukochanego klubu, który bywał w potrzebie niejednokrotnie. 56-latek będzie zatem pierwszym chińskim trenerem w klubie od 2010 roku, czyli aż od 12 lat! Od tamtej pory w klubie przewinęli się Jaime Pacheco, Aleksandar Stanojević, Gregorio Manzano, Alberto Zaccheroni, Jose Gonzalez, Roger Schmidt, Bruno Genesio i ostatnio Slaven Bilić. Plejada gwiazd, chociaż sukcesów mało, ponieważ w tym czasie do gabloty pekińskiego klubu trafił tylko jeden Puchar Chin. Xie Feng nie będzie rzucony na głęboką wodę, ponieważ poprzeczka nie jest też zbyt wysoko zawieszona.

Xie Feng był chińskim odpowiednikiem Aleksandara Vukovicia – zatrudniany w potrzebie. Z taką rolą radzić sobie musiał w Pekinie w 2014 roku po Stanojeviciu, w 2016 po Zaccheronim i 2017 po Jose Gonzalezie. Do zawodu trenera przyuczał się wcześniej w Shenzhen, gdzie także dwukrotnie był trenerem tymczasowym – najpierw w 2006, potem 2009 roku.

Xie Feng w 2016 roku miał podpatrywać pracę Zaccheroniego, jednak z czasem okazało się, że będzie musiał go zastąpić. Luo Ning, prezes Beijing Guoan, był niezadowolony nie tylko z wyników drużyny, ale także ze stylu. Włoski trener widział talent w Xie Fengu i kiedy opuszczał Chiny powiedział przed swoim odejściem władzom klubu, że jest to szkoleniowiec bardzo dobry oraz taki, który powinien otrzymać od rządzących klubem wsparcie. Kilka dni przed zwolnieniem Zaccheroniego, Luo Ning zadzwonił do Xie Fenga i zapytał go, czy ten obejmie Beijing Guoan w takim momencie: – Jeśli mnie potrzebujesz, nie mogę odmówić. Nawet gdyby klub spadł z ligi i tak bym go objął – odpowiedział chiński trener. Początek Xie Feng miał niezły, ponieważ przez pierwszych sześć spotkań nie przegrał żadnego starcia, grając nawet bez Renato Augusto czy Buraka Yilmaza. Zaccheroni cenił Xie Fenga na tyle, że pozostawił chińskiemu trenerowi nagrania video z analizami rywali Beijing Guoan, z których Chińczyk mógł korzystać.

Xie Feng jako szkoleniowiec Hebei FC

Good guy Xie Feng

56-latek zdecydowanie potrafi w relacje międzyludzkie. Problemy finansowe nie od dziś targają chińskimi klubami. Tak też było w 2009 roku, kiedy Xie Feng pracował w Shenzhen. Wówczas, będąc trenerem tymczasowym, klub zalegał z jego pensją aż osiem miesięcy. Trener to jedno, ale piłkarze to drugie. Morale w zespole spadało, piłkarze nie byli zmotywowani grać w momencie, w którym ich wynagrodzenie jest również opóźnione. Widząc sytuację klubu, Xie Feng postanowił zmobilizować swoich podopiecznych do wysiłku na boisku i zagrać w grę: jeśli wygrają kolejne spotkanie, wówczas sam trener wypłaci pieniężne bonusy. Piłkarze na to poszli i zadanie zrealizowali, ponieważ w meczu wyjazdowym z Chongqing zawodnicy Shenzhen wygrali mecz 1:0, co równało się z tym, że ich konto zostanie zasilone pieniędzmi po raz pierwszy od dłuższego czasu. Argentyńczyk Hernan Barcos miał powiedzieć Xie Fengowi: – Jesteś pierwszym trenerem, który z własnej kieszeni wypłacił pieniądze zawodnikom. Nie musisz się obawiać, od teraz będziemy walczyć na 200% – powiedział zagraniczny napastnik.

Xie Feng w ten sposób po latach wspominał tamte czasy: – Miałem wtedy około 70 000 juanów [na dzisiejsze pieniądze około 61 tysięcy PLN – przyp. red.]. Po meczu wyjąłem pieniądze i rozdałem je wszystkim zawodnikom – piłkarze, którzy zagrali oraz członkowie sztabu dostali po 3 tysiące juanów, a rezerwowi po 1000 juanów – przywoływał tamte zdarzenia Xie Feng. Piłkarze byli nie tylko wzruszeni gestem chińskiego trenera, ale postanowili odwdzięczyć się trenerowi tymczasowemu i kupili mu… buty.

Można stwierdzić, że była to dosyć ciekawa i udana inwestycja Xie Fenga, chociaż nie zawsze w takie się pakował. Chińczyk mieszkał w Shenzhen przez blisko 12 lat i po pewnym czasie wspominał nawet, że żałował, że nigdy nie udało mu się kupić domu: – Nie byłem dobry z ekonomii. Mój dom miał ponad 110 metrów kwadratowych, a osoba, która mi go wynajmowała, powiedziała, że jest on do kupienia. W 2000 roku dom ten kosztował około 500 tysięcy juanów, ale ja go nie wziąłem. Obecnie wart by był 10 milionów juanów – wspominał Xie Feng w 2017 roku. Ale to jednak Pekin był miastem, w którym trener chciał zawsze mieszkać.

Co czeka Guoan?

Xie Feng przychodzi do klubu w trudnym momencie – drużyna jest rozbita po nieudanym sezonie, doświadczony trener, Slaven Bilić, nie potrafił wycisnąć potencjału piłkarzy, z drużyną pożegnali się wszyscy kluczowi obcokrajowcy, a niewykluczone, że w ślady Li Leia (czołowego obrońcy, który trafił do Grasshopper Zurich) pójdą kolejni utalentowani Chińczycy. Tak jak na Twitterze w ostatnim czasie popularne są pokoje, w których można rozmawiać, tak i w Chinach istnieje taki odpowiednik. Li Ming, prezes Beijing Guoan zapowiedział, że do klubu przed nowym sezonem ma trafić trzech lub czterech zagranicznych piłkarzy. Nie ma się czemu dziwić, ponieważ w zespole gra obecnie tylko jeden niechiński zawodnik, którym jest Anderson Silva. Jednym z chińskich piłkarzy, którzy przewijają się w kontekście przenosin do Pekinu jest prawy obrońca pochodzący z Sinciangu – Abduhamit Abdugheni. Młody, bo jeszcze 23-letni piłkarz do 2021 roku był zawodnikiem nieistniejącego już Jiangsu FC, a w ubiegłym sezonie biegał po chińskich boiskach w koszulce Cangzhou Mighty Lions.