Pozorne bogactwo w chińskiej piłce

Ogromne kwoty transferowe, wysokie pensje i zapewnianie wysokiego standardu życia zagranicznym gwiazdom to już niemal stereotypy, z którymi kojarzy się chińska piłka nożna. Łatka ta przylgnęła do futbolu w Państwie Środka na tyle mocno, że sprawy bankructwa chińskich klubów są przez nią po prostu zakryte. A problem jest na tyle duży, że w przeciągu tylko ostatniego roku historią stało się 14 klubów z trzech najwyższych klas rozgrywkowych w Chinach. Artykuł jest częścią przewodnika “Futbol za Wielkim Murem 2020”.

Inwestujmy wszędzie, ale…

O tym, że Chiny chcą być mistrzem świata w piłce nożnej wie już chyba każdy kibic tego sportu. W sumie, który kraj nie chce, jednak plany podboju świata za pomocą piłki nożnej są w Państwie Środka ambitne, chyba nawet zbyt bardzo. Xi Jinping, przewodniczący ChRL jest fanem piłki nożnej i marzy o zbudowaniu we Wschodniej Azji piłkarskiej potęgi. Co więc zrobiono? Poczyniono inwestycje! Głównie w szkolenie, bowiem do końca tego roku w Chinach ma być co najmniej 20 000 szkółek piłkarskich i 70 000 boisk w całym kraju. Ta druga liczba ma wzrosnąć jeszcze bardziej, jeśli spojrzymy na plany na kolejną dekadę, bowiem wówczas w Państwie Środka ma być jedno boisko na 10 000 mieszkańców. Obecnie w Chinach żyje około 1,39 miliarda osób, a w 2029 liczbę mieszkańców szacuje się na 1,44 miliarda, co sprawia, że w kraju będzie wówczas około 144 tysięcy boisk. To tylko niektóre inwestycje, bowiem inwestuje się także w infrastrukturę, skauting, szkolenie młodzieży czy rozwój ligi, jednak zaniedbuje się kluby, w których przyszli piłkarze mają grać.

Jak duży jest problem?

Średnio co 26 dni upadał klub w Chinach w przeciągu ostatniego roku. I nie mówimy tutaj o klubach z lig amatorskich czy półamatorskich, tylko z trzech profesjonalnych lig piłkarskich w kraju. Im głębiej poszukamy, tym więcej klubów staje się historią. Na przestrzeni ostatnich 365 dni w China League Two (trzeci poziom rozgrywkowy w Chinach) zbankrutowało osiem zespołów, a były to: Yinchuan Helanshan (przed upadkiem klub miał dług w wysokości około 1,9 miliona euro), Dalian Chanjoy (891 tysięcy euro), Fujian Tianxin, Shenzhen Pengcheng, Yanbian Beiguo, Hangzhou Wuyue Qiantang, Jilin Baijia, Nanjing Shaye oraz Lhasa UCI. Największą ciekawostką jest ten ostatni, który był jedynym profesjonalnym klubem w Tybecie. Na jego upadek złożyły się głównie dwa czynniki. Pierwszym było to, że klubowi zabroniono grać w swoim mieście ze względu na jego położenie (około 3600 metrów n.p.m.) i nakazano gry w innym miejscu, na co Lhasa UCI nie wyraziła zgody. Z tego wyniknął drugi problem, bowiem inwestorzy nie chcieli wspierać zespołu, jeśli ten miałby grać w Syczuanie – miejscu wskazanym przez władze ligowe.

Idąc poziom rozgrywkowy wyżej także zauważymy znaczne zmiany pod względem obsady klubów. W China League One (drugi poziom rozgrywkowy) nie zagrają w następnym sezonie Shanghai Shenxin, Guangdong Southern Tiger, Sichuan Longfar i Liaoning FC. Szczególnie ten ostatni klub jest przypadkiem ciekawym, bowiem jest to jeden z najbardziej utytułowanych chińskich zespołów. Kiedy liga w Chinach nie była jeszcze profesjonalna, Liaoning wygrywało „mistrzostwo” dziewięciokrotnie, zdobywało dwukrotnie Puchar Chin oraz sięgnęło po Superpuchar Chin. Dodatkowo Liaoning FC jako pierwszy chiński zespół zagrał w finale Klubowych Mistrzostw Azji, który zresztą wygrał w 1990 roku. Rok później klub zaliczył drugi finał z rzędu, jednak wówczas poległ. Obecnie nie istnieje.

Chociaż najbardziej spektakularnym (chociaż lepszym słowem byłoby „pamiętnym”) upadkiem był ten z maja obecnego roku, kiedy bankructwo ogłosiło Tianjin Tianhai – klub, który w sezonie 2019 grał w Chinese Super League. Kłopoty klubu rozpoczęły się od aresztowania Shu Yuhia, który został aresztowany m.in. za udział w budowie piramidy finansowej, potem skazany na dziewięć lat pozbawienia wolności i grzywnę w wysokości około 6,5 miliona euro. Potem było już tylko gorzej. W klubie zalegano z wypłatami, wyniki drużyny spadły, klub walczył o uniknięcie degradacji, która prawdopodobnie byłaby dla Tianhai lepsza, niż pozostanie w lidze, bowiem skróciłaby nadzieje fanów znacznie szybciej i uniknęła by brnięcia w kolejne długi. Klub jednak cudem pozostał w Chinese Super League, jednak nie na następny sezon, a na następne pół roku. Nietypowy sezon przygotowawczy także nadszarpnął budżet klubu, dlatego klub został wystawiony na sprzedaż. To znaczy w teorii na sprzedaż, bo klub mógł przejąć każdy za darmo. Pozyskanie klubu wiązało się jednak z koniecznością pokrycia długów klubu, który urósł do 128,5 miliona euro (!). Klub z potrzasku miało uratować Vantone Group, które w marcu osiągnęło porozumienie z Tianjin Tianhai. Jednak fajnie było tylko do 11 maja, kiedy zespół z Tiencinu wycofał się oficjalnie z rozgrywek Chinese Super League 2020, aby dzień później ogłosić upadłość.

Kluby wysokiego ryzyka

Kto by się przejmował klubem Baoding Rongda, który zamiast pieniędzy oferował swoim zawodnikom spłatę długu w postaci nieruchomości, jeżeli z problemami finansowymi zmaga się najbardziej utytułowany chiński klub w XXI wieku. I być może Guangzhou Evergrande (jeszcze) nad przepaścią nie stoi, to już sponsor tytularny notuje znaczne spadki zysków, a przewidywania budżetowe wcale nie są lepsze. Inwestor, jak i sam klub mają spore zadłużenie, które wynika z kilku kwestii. Guangzhou Evergrande inwestowało sporo w rozwój młodzieży. Dodatkowo klub będzie zmieniał stadion (tak, ten, który miał wyglądać jak kwiat lotosu), a wydatki związane z naturalizacją zawodników wcale małe nie są. 870 milionów juanów, czyli około 113 milionów euro kosztował do tej pory proces pozyskania przez sześciu piłkarzy kantońskiego klubu chińskich paszportów. Warto jednak pamiętać, że ta kwota stale rośnie. Co ciekawe, w lutym pojawiło się zestawienie Soccerex z setką najbardziej stabilnych finansowo klubów i jednym z nich był właśnie aktualny mistrz Chin, który znalazł się na 15. miejscu. Kantończycy wyprzedzili między innymi Manchester United, Napoli, Monaco, Inter, Ajax czy Athletic Club.

W kwietniu okazało się także, że spadkowicz ubiegłego sezonu Chinese Super League także ma problemy z wypłacalnością. Beijing Renhe był w ubiegłej kampanii najgorszym zespołem w lidze, a oglądanie meczów tej drużyny zakrawało o masochizm. W kwietniu tego roku wyszło na jaw, że piłkarze nieprzypadkowo nie pokazywali się z najlepszej strony, bowiem właściciele nie płacili piłkarzom na czas. Pekińczykom groziło wykluczenie z China League One, jednak póki co Beijing Renhe pozostaje na zapleczu CSL.

Nadzieja na przyszłość

Czy w Chinach będzie lepiej? Związek i władze ligi widziały, w którym kierunku zmierza piłka klubowa, dlatego zdecydowano wprowadzić pewne ograniczenia. Chińczycy ściągali na masową skalę zagranicznych zawodników z dużymi pensjami, co w pewnym momencie zaczęło sprawiać problemy. W końcówce ubiegłego roku wprowadzono salary cap, które znacząco ograniczy obiecywanie wysokich tygodniówek nie tylko dla zawodników zagranicznych, ale także Chińczyków. Ograniczenie pensji przy nowych kontraktach dla obcokrajowców (maksymalnie 58 tysięcy euro tygodniowo) i zawodnikach rodzimych (25 tysięcy euro tygodniowo) to tak naprawdę pokazówka, bo pensje i tak zostaną ukryte w bonusach, które już teraz są wysokie. Zmniejszenie pensji zawodnikom brzmi fajnie, jeśli finanse klubów miałyby być zdrowsze. Jest to jednak tylko martwy zapis.