Na bogato nie zawsze znaczy dobrze. Po boomie czas na rozsądek

Chinese Super League w obiegowej opinii to wielkie transfery i niewiele więcej. I chyba właśnie ta  łatka nie spodobała się chińskim władzom na tyle, że uniemożliwiła ona wielkie transfery i pozostawiła “niewiele więcej”. Wszystko do czasu, aż przyjdzie im do głowy kolejny konkretny pomysł na uzdrowienie ciężko chorego lokalnego futbolu. Ale przebłyski już się pojawiają. Pieniędzy w Chinach nie brakuje, to fakt. Brakuje za to, o zgrozo, jak na państwo przyzwyczajone do planów kilkudziesięcioletnich, stabilności i wizji.

Jeśli sukces chińskiej piłki oceniać z perspektywy pojedynczych klubów, sytuacja nie wyglądałaby jeszcze tak najgorzej. Evergrande inwestuje w Guangzhou coraz więcej i robi to systematycznie, a ponadto ma też dobre relacje z chińskim rządem, co gwarantuje poczucie długofalowości. Nie można jednak na podstawie jednego zespołu, który zrewolucjonizował chiński rynek transferowy, stawiać dalszych wniosków.

Na czym polegała rewolucja? To Guangzhou Evergrande jako pierwsze zaczęło wydawać ogromne kwoty nie tylko na skalę chińską, ale i światową. To ten klub dał azjatyckiej piłce Argentyńczyka Dario Concę i Brazylijczyka Muriquiego, czyli głównych autorów sukcesów Chińczyków na poziomie kontynentalnym. To Evergrande kolejno zatrudniało na stanowisku trenera Marcello Lippiego (legendarny Włoch został później selekcjonerem reprezentacji Chin, co jednak nie przełożyło się na jej jakość gry, uściślijmy – bardzo słabą jakość gry), Fabio Cannavaro, Luiza Felipe Scolariego i znowu Cannavaro, oczywiście srogo za każdym razem przepłacając. Niewątpliwie jednak klub i jego właściciel nie wpisał się w listę szybkich, krótkoterminowych inwestycji, a budowa ogromnego stadionu raczej działa pozytywnie na przyszłość piłki w Kantonie.

Dario Conca Guangzhou Evergrande fans - PlanetFootball

To samo Guangzhou Evergrande wybrukowało sobie złotem drogę do triumfów w sezonach 2013 i 2015 w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Innym chińskim klubom nie wiodło się już jednak aż tak dobrze. A że sprawa wygranej w kontynentalnych rozgrywkach w Azji jest nieco loteryjna – przy dobrym szkoleniu czasem wystarczy po prostu mądre budowanie kadry i pojedynczy obcokrajowcy, faktycznie wzmacniający siłę rażenia. Niezłymi przykładami są Kashima Antlers w 2018 roku, Jeonbuk dwa lata wcześniej czy najbardziej jaskrawy przykład – Western Sydney Wanderers w 2014 roku, gdyż trudno o większą sensację, niż mistrzostwo klubu w debiutanckim sezonie w A-League, a w kolejnym roku triumf także na azjatyckim kontynencie. Dlatego niekoniecznie droga do klubowego złota w Azji wiedzie przez wielkie transfery, chociaż zdarzają się takie przypadki, jak Al-Hilal w ostatniej edycji.

Guangzhou trzeba jednak oddać, że można było tam zawsze znaleźć podobny pomysł na grę – kombinacyjną, opartą na posiadaniu piłki, wzorowaną na “tiki-tace”, co zresztą od lat jest oferowane też adeptom klubowej akademii. Trenerzy pierwszego zespołu się zmieniali, ale wizja zasadniczo nie. Generalnie jednak w Chinese Super League w momencie nastania mody na wielkie transfery zapanował radosny chaos. Kwoty rzucane na piłkarzy daleko odbiegały od ich rzeczywistych wartości, nie wspominając o pensjach (oczywiście cena namówienia na przeprowadzkę na Daleki Wschód). Stąd wysyp obcokrajowców, z których dużej części daleko do etyki pracy takiego Paulinho. Chińskim władzom wysyp maruderów, którzy nie mieli wpływu na poprawę jakości lokalnych zawodników, a więc i reprezentacji, co zawsze stanowi cel nadrzędny, nie spodobał się. Nic dziwnego – Chinese Super League zaczęła funkcjonować na rynku jako mem. W miarę znany piłkarz łatwo mógł popaść w kompleksy, jeśli w jego kontekście w angielskiej prasie nie pojawiło się zainteresowanie ze strony “unnamed Chinese club”. Ale koniec tego dobrego.

Od sezonu 2020 obowiązuje “salary cap”, czyli limit płacowy. Regularna pensja dla nowych zawodników może sięgać 3 milionów euro dla obcokrajowców oraz 1,3 miliona euro dla graczy lokalnych. Trudno tu o większe szaleństwa, nawet jeśli kluby starały się omijać przepisy większymi płatnościami w formach bonusów. Do tego trzeba przypomnieć o “podatku transferowym” – 100% od transakcji powyżej 5,8 miliona euro wędruje na konto specjalnego funduszu, który za cel stawia sobie rozwój chińskiej piłki. Kombinować można, ale po co? Chiński rząd i tak na końcu ma zawsze rację, a pogrywanie z nim po prostu się nie kalkuluje.

Chińskie kluby w Azjatyckiej Lidze Mistrzów, już pomijając wspomniany aspekt zmienności rozgrywek, nie staną się jednak mniej konkurencyjne. Poszukiwania piłkarzy do naturalizacji (nowa moda) trwają – z jednej strony to szansa dla piłkarzy z chińskim pochodzeniem za słabych na czołowe ligi europejskie, z drugiej zaś – nagroda dla najwierniejszych obcokrajowców, jak chociażby Elkeson, właściwie już Ai Kesen. Era, która rozpoczęła się ze sprowadzeniem wspomnianego Muriquiego w 2010 roku, wydaje się już znajdować poza szczytem. Czas na więcej rozsądku.

Samba-style China bank on Brazilians in World Cup push - BeSoccer

Czas też na większą liczbę chińskich zawodników, którzy nauki o futbolu pobierali w Europie. Wu Lei pokazał rodakom, że można być nie tylko zabawką marketingową chińskich właścicieli europejskich klubów, ale też faktycznie wpływać na wartość sportową swojej drużyny. Strzelenie bramki Barcelonie w derbach to przecież nie byle co i z pewnością działa na wyobraźnię młodszych piłkarzy. Tu jest spore pole do popisu – zwiększona motywacja do ambitnego sportowo wyjazdu, nawet kosztem mniejszych zarobków, może stanowić jeden z celów chińskich władz. W końcu tacy stranieri też potem wracają do ojczyzny i mogą służyć swoim doświadczeniem jeszcze na boisku albo już jako trenerzy. Podobnie jak selekcjoner chińskiej kadry Li Tie, czyli w przeszłości pomocnik Evertonu.

Co dalej z chińskim rynkiem? Był chaotyczny boom i wielkie pieniądze, co nie przyniosło oczekiwanych efektów, więc przyszedł czas na więcej rozsądku. Chińczycy muszą skupić się na wychowaniu lokalnych gwiazd, a nie tylko bazować na przepłaconych obcokrajowcach. Być może nawet kosztem poziomu Chinese Super League na krótką metę.

Artykuł jest autorstwa Pawła Machitko, założyciela i redaktora naczelnego transfery.info.