126 kilogramów viralowego fake newsa i żenady | Felieton PPŚ #1

Piękny to był wtorek, nie zapomnę go nigdy. Do dzisiaj nie zdawałem sobie sprawy, jak mocno może ponieść się fałszywa informacja w social mediach i w sieci w ogóle. Nie obserwowałem takich zjawisk, nie byłem ich częścią lub ich częścią byłem, jednak stałem się ofiarą “beztroskiego” fake newsa i nie miałem o tym pojęcia. Dzisiaj oglądałem, jak strony internetowe i profile na Twitterze i Facebooku po prostu się ośmieszają. Byłem w garstce osób, które prawdę znały, jednak przez zbyt małą siłę przebicia nie mogły wiele zrobić. I choć nasze dzisiejsze posty fake newsy obnażały, to nie na tyle, aby prawdę poznał każdy. To co poniżej przeczytacie, to moje przemyślenia odnośnie dzisiejszej akcji w social mediach. Być może choć jedna osoba spojrzy na to zjawisko inaczej – tak jak ja zacząłem patrzeć od dzisiaj. Zapraszam na krótki felieton.

“Co to się stanęło?”

Poniedziałek. 17 maja 2021. Godziny wieczorne. Na Twitterze ląduje informacja, że ważący 126 kilogramów syn na rozkaz ojca milionera ma grać w klubie Zibo Cuju. W social mediach i na stronach internetowych powstało poruszenie, a donosiciele tej nowiny używali także zdjęcia, które miało potwierdzić słuszność ich newsa:

Chinese businessman bought Zibo Cuju, a second tier Chinese side, and told  the coach to play his son. - 9GAG

Brzmi legitnie? No jasne, że tak. W Chinach nie takie akcje miały już miejsce. Mało tego, chiński internet jest w sumie „niedostępny”, piszą tam dziwnymi znaczkami, więc nie ma co się przejmować, trzeba postować i zebrać lajki.

Tyle że z opisaną historią problem jest taki, że nie miała miejsca. Ani dzisiaj, ani wczoraj, ani nigdy. Ale fake news się poniósł, stał się viralem nie tylko w polskich „mediach”, ale także w zagranicznych. Lajki zebrane? Zasięgi zrobione? Nowi followersi przyjęci? Skoro tak, to po co cokolwiek prostować? Było, minęło. Chrzanić dziennikarską poprawność, rzetelność, jakiekolwiek poczucie odpowiedzialności za to, co się w internecie udostępnia. Karawana jedzie dalej, zaraz przyjdzie czas na kolejnego fake newsa, którego nikt nie zweryfikuje. No bo po co?

Syn milionera w chińskim klubie, a rzeczywistość

A więc po kolei. Dlaczego cała historia to fake news? Rozłóżmy to na czynniki pierwsze, bo jest co rozbierać.

Jeśli chodzi o samą fotografię, to już na tym etapie osoby postujące tego newsa zrobiły fajnego fikołka. Nikt nie sprawdzał, jaki zawodnik jest na zdjęciu. Nikt nie sprawdzał, czy barwy klubowe się zgadzają. Nikt nie sprawdzał, kiedy to zdjęcie zostało po raz pierwszy wrzucone do internetu. Piłkarz nie ma atletycznej budowy ciała i jest na boisku? Pasuje pod tezę, więc wezmę to zdjęcie od osoby, od której kopiuje fake newsa, przecież nikt się nie skapnie – pomyślała masa osób. Niedoczekanie.

Co się nie zgadza? Przede wszystkim… wszystko.

Fake news został stworzony prawdopodobnie na bazie nieco podobnej sytuacji, która miała miejsce na początku maja w meczu Zibo Cuju, chińskiego drugoligowca. W oryginale (choć w przypadku tego fake newsa trudno tu mówić o jakimś odniesieniu się do czegokolwiek) sytuacja wyglądała tak:

  • Nie jest to syn prezesa/inwestora/właściciela, a sam prezes – He Shihua
  • Na zdjęciu fake newsa widoczny jest Xu Guangnan (ówczesny prezes klubu Jilin Baijia, klubu obecnie nieistniejącego; zdjęcie powstało w 2019 roku), chociaż w zamyśle mowa była o He Shihua (prezesie Zibo Cuju)
  • Informacja o 126-kilogramowym piłkarzu wzięta została nie wiadomo skąd
  • Nakaz wydany przez prezesa/właściciela/inwestora został wzięty nie wiadomo skąd
  • Cytaty i wypowiedzi umieszczane na różnych portalach i profilach zostały wzięte nie wiadomo skąd

Jeśli podsumować wszystkie tweety czy wpisy na Facebooku, to okazuje się, że jedyną prawdziwą informacją w tej całej aferze jest klub – Zibo Cuju (pssst, o dyscyplinie jaką jest Cuju (pierwowzorze piłki nożnej) mogliście poczytać w „Futbolu za Wielkim Murem 2020”, polecam gorąco). Wszystko inne to bujda na resorach.

Wracając do słynnej fotografii, czyli prezesa Xu Guangnana, to ta sytuacja, miała miejsce w 2019 roku i została opisana przez nas na social mediach, ale także znacznie szerzej mówiłem o niej na transfery.info, a także w przewodniku „Futbol za Wielkim Murem 2020” w artykule „Kuriozalne Państwo Środka”, gdzie akcji tego typu jest znacznie więcej. Odsyłam w te trzy miejsca.

Jak sprawdzić, czy informacja jest fake newsem?

W 2017 roku The International Federation of Library Associations and Institutions (IFLA) udostępniło artykuł z grafiką, która pokazuje, jak poznać fake newsa w kilku krokach. Przejdźmy zatem krok po kroku i sprawdźmy, czy powielana informacja o synu właściciela faktycznie jest fake newsem.

Sprawdź źródło i czytaj treść

Record, Corriere dello Sport, MARCA, AS Chile, Goal.com i masa innych portali wrzuciło artykuł z takim fake newsem (część z nich już fake newsa usunęła). Skoro takie media wrzuciły takie informacje, to wydaje się, że jest po sprawie – wiadomość musi być prawdziwa. Otóż nie! Żadna z tych stron nie podała SWOJEGO źródła, na które się powołuje.

Większym wysiłkiem wykazały się osoby pracujące dla Daily Star, które sprawdziły, że viralowe zdjęcie pochodzi sprzed dwóch lat. Strona dotarła także do tożsamości piłkarza na zdjęciu i za to ogromne brawa.

Sprawdzić autorów

Autor artykułu? Redakcja. Autor posta? Redakcja lub wolny strzelec.

Dodatkowe źródła

Linki? Odnośniki? Źródła? Zapomnij. Skoro informacja jest wymyślona, to do czego się odnosić?

Sprawdź datę

Data jak najbardziej prawidłowa – artykuł wrzucony kilka godzin temu. Data wrzucenia zdjęcia? Kto by się tym przejmował.

A może to żart?

Wszyscy się śmieją, ale nikt z żartu, a z samej kuriozalnej sytuacji, która miała miejsce.

Uważaj na stronniczość

Tej akcji się to nie tyczy. No chyba, że komuś zależy na złej opinii chińskiej piłki (pozdro Piłkarskie Bałkany).

Zapytaj ekspertów

Nie uważamy się za ekspertów od chińskiej piłki. Przynajmniej ja. Oczywiście, mamy dużo większą wiedzę w obrębie futbolu z Państwa Środka, niż przeciętny kibic, ale do miana eksperta wciąż mi daleko. Ale żeby nie było – garstka osób zweryfikowała tego fake newsa u nas. Ci, którzy go postowali oczywiście nie. Kto się zbłaźnił? Pytanie retoryczne.

Atencja

Social media to od dawna skok na popularność, lajki, obserwujących. Kto pierwszy poda newsa, ten zbierze największe zasięgi. Czy mnie to dziwi? Nie. Z tym że nie ma nic zdrożnego w budowaniu swojej pozycji na własnych newsach, informacjach pozyskanych z innych portali czy po prostu własnym contencie. Jest za to w żerowaniu na polubieniach na fake newsach. Zdaję sobie sprawę, że ten artykuł, który właśnie czytasz, nie zbawi świata. Ba, przeczyta go garstka osób, które owego fake newsa widziały, ale dzisiejsza akcja pokazała tylko, jak mocno może ponieść się fałszywa informacja na dosyć błahy temat. A skoro niesie się na błahy temat, to poniesie się także w sprawach bardziej poważnych, społecznych, światopoglądowych czy politycznych. Pokazuje też, że niektóre profile, które na swoich zasięgach czerpią korzyści finansowe, nie poczuwają się do odpowiedzialności za udostępniane treści. Od jednego z autorów takiego fanpage’a otrzymałem zwrotkę, że “gdybyśmy mieli sprawdzać wszystkie ciekawostki piłkarskie, to musielibyśmy nie spać”. Aha. Przynajmniej wiem już, jakich profili unikać. Koledzy z redakcji tego profilu poczuli się już do odpowiedzialności i przeprosili za kolegę, który – jak już wiemy z jego zeznań – spokojnie śpi po nocach. Niesmak pozostał.

Inne wolą brnąć w dezinformacyjny szał i nie usuwać lub nie prostować swojego fake newsa. Przykładem tego drugiego jest pewien Twitterowicz, który najpierw polubił post Macieja Łosia z prawdziwą informacją, potem polubienie usunął, a następnie zapostował oczywistego fake newsa (którego do teraz nie usunął), na którym zbiera ogromne zasięgi, bo samego tweeta polubiło już ponad tysiąc osób i udostępniło ponad 70 osób. Znajomi i inni użytkownicy piszą o wojnie z owym ananasem, że porzuciliśmy walkę z Piłkarskimi Bałkanami, na rzecz walki z tym osobnikiem. Wojną bym tego nie nazwał. Jeśli Mike Tyson nokautuje kogoś w pierwszej minucie pierwszej rundy, to o wojnie nie ma mowy. Ego wywaliło? Mi na pewno nie. Mam ból dupy? Po to napisałem ten artykuł.

Źródła

Słowem zakończenia. Sami bardzo często nie podajemy źródła danej informacji. Jeśli chodzi o chińską piłkę, to informacje czerpiemy głównie u źródła, czyli z oficjalnych profili klubowych. Zdarza się, że różnego rodzaju plotki czy doniesienia czerpiemy z “chińskich mediów” i właśnie na nie się powołujemy. Uważamy, że rzucanie nazwami chińskich portali nie sprawi, że wiarygodność danej informacji wzrośnie w oczach polskiego czytelnika, ponieważ wiedza w Polsce na temat chińskich mediów jest zbyt mała. Jeśli powołujemy się na zagraniczne media, to je wzmiankujemy.

Hipokryzja? Nie, bo my nie podajemy fake newsów. A jak pomyłka się zdarzy (głównie ze względu na błędy w tłumaczeniu), to jest szybko prostowana, przepraszamy i podajemy prawdziwą informację. Tyle, że na przykład news o wyrzuceniu Shandong Taishan z Azjatyckiej Ligi Mistrzów zobaczy kilkadziesiąt osób do momentu sprostowania, a fake news o chińskim synu właściciela Zibo Cuju zobaczyło już setki tysięcy (jak nie miliony) osób i będzie to widzieć masa kolejnych.

Tutaj kilka naszych pomyłek:

Nie mam zamiaru promować profili, które takie fake newsy podają, bo wówczas przyczyniłbym się do ich szerzenia. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o kim mowa, to znajdzie to bez problemu. Swoje żale wylałem i tylko ja, Kamil Lewandowski, odpowiadam za to, co wyżej mogliście przeczytać.